wtorek, 28 lutego 2012

KONKURS !!! Moja kulinarna wpadka

Nadejszla wiekopomna chwila! Pierwszy konkurs na moim blogu!
W zasadzie dwa konkursy, bo drugi toczył się będzie na fanpage'u bloga, na Facebooku. Co trzeba zrobić?


 Opisać swoją największą kulinarną wpadkę. Jestem bowiem pewna, że każdemu, nawet najlepszemu kucharzowi się takowe zdarzają... Pochwalcie się więc swoimi :D

Możecie pisać tu, na blogu (w komentarzach do tego wpisu), lub na Facebooku (w komentarzach do posta o konkursie). Jest jeszcze opcja dla największych pechowców kulinarnych - ci mogą wziąć udział w obu konkursach, jednak prosiłabym aby opisali dwie różne historie.

Jakie warunki musicie spełnić aby Wasza wpadka wzięła udział w konkursie?

Na blogu:
1. Zostać publicznym obserwatorem bloga
2. Zostawić komentarz pod postem  z odpowiedzią na zadanie konkursowe oraz nazwą pod jaką obserwujecie bloga.
3.Możecie polubić profil  Ja jem na FB, ale nie jest to warunek wzięcia udziału w konkursie.

Na facebooku:
1. Zostać fanem profilu Ja jem na FB
2. Udostępnić publicznie post konkursowy.
3. Zostawić  pod postem  komentarz z odpowiedzią na zadanie konkursowe .

KONKURSY TRWAĆ BĘDĄ DO 7 MARCA 2012 do godziny 20.00.  Następnego dnia ogłoszę zwycięzców. Wyniki pojawią się zarówno tutaj, jak i na FB.

Co można wygrać?

Zwycięzca konkursu blogowego otrzyma taki oto zestaw, w którego skład wchodzi : drewniana deseczka do krojenia, obieraczka-marchewa oraz książka "Zdrowe przyprawy" Manfreda Palhlowa :


Zwycięzca konkursu na FB wygra zestaw, który z kuchnią ma wspólne tylko ...awokado :D Będzie to bowiem zestaw kosmetyków Bielenda :





Zatem zapraszam Kochani do zabawy!

33 komentarze:

  1. Nic bardziej nie motywuje do pichcenia jak ważny gość. W tym wypadku był to mój ukochany. Chciałam zrobić mu wyjątkowe śniadanie. Wymyśliłam więc, że zrobię omlet (który zawsze wychodził mi wyśmienicie), ponieważ zajmuje mało czasu, a nie chciałam, by mi szybko uciekł ;-). Zawsze korzystam z najprostszego przepisu - parę jajek, łyżka przypraw, dosłownie odrobinka wody. Niestety, gdy człowiek się śpieszy, to się diabeł cieszy - tak było też w moim przypadku. Chcąc szybko zrobić śniadanie miskę z rozmłóconymi jajkami ustawiłam pod kranem - byłam pewna, że kapnie mi tylko odrobinka wody, niestety było inaczej. Ale co tam, nie poddałam się. Usmażyłam rozwodnione omlety. A ukochany upierał się, że są pyszne.. ;)

    Obserwuję jako: pheeronikee,
    Lubię stronę jako Weronika Nowak (wzięłam udział też na fb, ale z inną historią, która mi się przydarzyła)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba Cię chłopak bardzo kocha :D

      Usuń
    2. Musi :D za to czym go nakarmiłam :D

      Usuń
    3. Albo że w ogóle go nakarmiłaś :D

      Usuń
  2. Nigdy nie zapomnę mojej największej wpadki. Było to przed moją magisterską obroną, kiedy to postanowiłam upiec ciasto dla komisji. Wtedy chcialam upiec coś wyjątkowego, by bardziej zachwycili się smakiem, a mniej uważniej mnie egzaminowali. Na ten wyjątkowy dzień postanowiłam upiec karpatkę. Już po pierwszych minutach pieczenia zorientowałam się, że jest coś nie tak, bo ciasto w ogóle nie rosło. Po chwili przypomniałam sobie, że nie dodałam połowy składników. Co prawda się upiekło, ale nie przypominało karpatki z prawdziwymi "falami". W smaku było całkiem niezłe, więc zabrałam się za krem. Krem też był niewypałem, bo dodałam za dużo mleka. Kiedy przełożyłam nim ciasto wszystko się rozlało. Wstawiłam do lodówki z nadzieją, że stężeje. Na wszelki wypadek postanowiłam zrobić drugie ciasto, biszkopt z kremem i owocami, który niestety okazał się... zakalcem.
    Następnego dnia, w dniu obrony, karpatka wyglądała całkiem nieźle. Zapakowałam ją w pojemnik i pojechałam na obronę. Kiedy chciałam zanieść komisji, otworzyłam pojemnik i zaniemówiłam: krem się rozpłynął, a ciasto w nim pływało. Tragedia na całego. Mimo to, obrona się udała i do dziś mam nauczkę, że stres wywołuje u mnie zakalce ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt,że obrona nie okazała się wpadką :D
      A ja bardzo lubię ciasto z zakalcem ... oczywiście nie wtedy gdy mam je serwować gościom :D

      Usuń
    2. Otóż to, zwłaszcza, jeśli to takie "zacne" grono ;)

      Usuń
    3. Zapomniałam dodać, na FB jestem jako Marika Wojciechowska

      Usuń
  3. Oj miałam dużą wpadkę. Zawsze wszystko mi wychodzi, więc na świeta gdy miałam upiec nowy placek, zostawiłam go na koniec. Ostatniego dnia zaczęłam piec biszkopt czekoladowy i niestety zrobił się gniot i to dosłownie. Poszedł do kosza. Zrobiłam drugi, upiekłam, wyglądał ok, nałozyłam masę, śliwki i oblałam czekoladą. Kiedy się zastygło, okazało się,że biszkopt opadł i zrobił się gumowaty. Nie mogłam tego podac na świeta,a że śliwki wcześniej były moczone w spirytusie, szkoda mi ich było, więc razem z masą i czekoladą zebrałam je z biszkopta, kupilam w sklepie zwykłe biszkopty, pokruszyłam na dno salaterek, a na to dałam te sliwki z sosem niby i czekoladą. Goście zjedli, zachwycali się,że było pyszne.Tak więc w sumie wpadka na plus, ale nerwów mnie trochę kosztowała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak odrobina kreatywności i ...wpadkę kulinarną można przekuć na sukces :)

      Usuń
  4. Moja największa wpadka kulinarna to dopuszczenie wnuków do przypraw . A było tak :
    Kilka lat temu trzej moi wnukowie Wojtuś , Kaziu i Maksiu spędzali w mnie początek Nowego Roku . Zbliżało się święto Trzech Króli . Chłopcy z ciekawością słuchali opowieści Prababci Basi jak to Trzej Królowie Kacper , Melchior i Baltazar powędrowali z darami do Betlejem . Fascynowało ich to co przynieśli . Złoto nie stanowiło problemu , wiedzieli co to jest , Mamy miały złote obrączki i pierścionki . Ale co to było Mirra i Kadzidło? Długo trwało zanim zrozumieli o co chodzi . Potem postanowili bawić w szopkę . Ciocia Dorotka zrobiła im korony z kartonu, płaszcze z jakiegoś materiału i powędrowali . Brakowało im tylko skarbów do zaniesienia. Odśpiewywali kolędę za kolędą dopominając się by im cos dać do noszenia . W końcu wypatrzyli stojącą w kuchni między przyprawami skrzyneczkę . Co tam jest ? Babci skarby ! O!!! Skarby ? To by się nadawało . A jakie ? No takie przyprawy. Eee… Ale to są bardzo cenne przyprawy .To ich zaciekawiło . Musiałam omówić każdą przyprawę która była w szkatułce .Szafran to z takich kwiatków – nazywają się krokusy . Wanilia do ciasta i deserów. Cynamon do jabłuszek . Goździki . Do wbijania ? Nie to też taka przyprawa do kompotu . Zabrali szkatułkę i poszli śpiewać Babuni . Wszyscy szczęśliwi , że dzieci znalazły sobie zajęcie przestali zwracać na nich uwagę . Trwał błogi spokój . Do czasu ! Do czasu ! W pewnym momencie w progu pokoju pojawili się Trzej Królowie w żółtym kolorze . Oniemieliśmy . Co się stało? No cóż – chłopcy znaleźli kluczyk do szkatułki . Otworzyli i rozpakowali skarby Babci . Pachnieli wanilią i cynamonem . Nawet apetycznie . Tylko skąd ten zjadliwie żółty kolor na ich buziach i rękach ? Ano zmieszali szafran z kurkumą , której było tam całkiem sporo i posmarowali się od stóp do głów . Nawet kąpiel nie pomagała . Kilka dni schodziły z nich przy każdym myciu te naturalne barwniki . Na długo zapamiętałam tych Trzech Króli . Mało , że pozbyłam się szafranu to szorowałam kuchnię i dopierałam obrus . Nic nie dawało rezultatu . Długo trwało zanim barwnik zszedł. A chłopcy stwierdzili , że Babcia to ma dopiero fajne skarby .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka babcia to skarb :D
      Wpadkę kulinarną potrafi wykorzystać edukacyjnie, to się ceni :D

      Usuń
  5. Ostatnio odwiedziła mnie długo oczekiwana ciocia z Berlina.Kobieta elegancka z klasą,kochająca zdrowy styl życia.Ugoszczenie takiego gościa to prawdziwe wyzwanie.Sprzątałam całe wieki.Kupiłam piękne tulipany.Zadbałam również o swój wygląd(gdyż zawsze jestem pod tym kątem oceniana).Zabrałam się również za przygotowanie odpowiedniego obiadowego menu.Przygotowałam łososia w sosie koperkowym,warzywa na parze(przyznam wyszło boskie).Niestety zapomniałam,że wstawiłam również marchewkę w garnuszku...Siedzimy sobie,rozmawiamy.Pytam czego się ciocia napije.Idę zrobić kawkę a tu taka niespodzianka.W kuchni wita mnie masakryczny dym(ale taki,że nie jestem w stanie wejść do kuchni bez zapalenia światła-godzina 14.00:)Gdy przedostaje się w końcu po długiej walce do kuchenki oczom nie wierzę.To,że marchewka spalona-oczywiste.Garnek również,ale w dość oryginalny sposób.Tak długo się palił,że na palniku stał garnek tak podziurawiony,jakby go myszy zjadły.Wietrzenie mieszkania trwało dobry tydzień,mina gościa bezcenna;)
    Więc jeśli nie zapewniliście atrakcji na proszonym obiadku polecam mój sprawdzony sposób,tylko pamiętajcie,aby wszystko się "udało" zostawcie uchylone okno,gdyż tylko wówczas nie poczujecie spalenizny przez 3 godziny gotowania:)

    Smacznego!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, he...Szkoda,że nie masz zdjęcia tego nieszczęsnego garnka :)

      Usuń
  6. Moją największą wpadką kulinarną była wpadka z zupą pomidorową. Trzy lata temu zaczęłam znajomość ze wspaniałym chłopakiem więc aby mu zaimponować postanowiłam zaprosić go na obiad. Jego ulubionym pierwszym daniem była pomidorowa. W tamtym czasie moja przygoda z gotowaniem dopiero się zaczynała. Wszystko przygotowałam: bulion, marchewka, pietruszka.... Nadszedł moment na koncentrat pomidorowy i tu zaczyna się całe "eldorado". Moja mam przygotowuje domowy dżem truskawkowy w małych słoiczkach. Wiadomo... owoce opadają na dno a na górze zostaje dżemik bez owoców. Otworzyłam lodówkę - czerwone to czerwone. Nie zastanawiając się wcale co robię włożyłam 2 łyżeczki dżemu do zupy, zamieszałam i zagotowałam. Dalej historia potoczyła się już szybko- maraton do sklepu, zupka z paczki, chłopak najedzony lecz nie zachwycony. To wydarzenie jest dowodem, że miłość zasłania nam oczy.:)

    obserwuję jako natalia761

    na fb lubię jako Natalia Nowak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale spróbowałaś tej zupy? Może jakby dołożyć koncentratu - smakowałaby dobrze? :)

      Usuń
  7. moją największą wpadką była kolęda księża podeszli do stołu i byli głodni więc chciałem im nalać rosołu kieliszek z winem stał obok talerza gdy podniosłem pokrywkę od porcelany obaliła mi się waza z rosołem i się wylało ale najśmieszniejsze było to że mój talerz był pełen rosołu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej księża mieli co wspominać :)

      Usuń
  8. Wpadka - to pomylenie soli z cukrem. Kiedy robiłam pyszny sos pomidorowy warzywny, pomyliłam sól z cukrem. Mieli przyjść moi znajomi na obiad, właśnie a sos z makaronem. ale próbowałam się ratować na wszelkie sposoby,dodając oregano , paprykę, pieprz. wyszła totalna katastrofa. Musiałam szybko zamówić jedzeie na wynos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klasyczna pomyłka :) A jedzenie na wynos chociaż smaczne było?

      Usuń
  9. Moja największa kuchenna wpadka przydarzyła mi się pół roku temu. Byłam sama w domu, a w lodówce nie było nic. Wybrałam się do sklepu i kupiłam paluszki rybne. Wróciłam do domu, zaczęłam pichcić. Na patelnię wylałam olej, włączyłam gaz. W tv leciała fajna piosenka, więc nie wiele myśląc poszłam obejrzeć teledysk. Po chwili poczułam dym. Pobiegłam do kuchni, a tam? Olej na patelni się zapalił, płomienie osiągnęły parenaście centymetrów. Nie wiedziałam co z tym zrobić. Postanowiłam zgasić ogień i zanurzyć patelnię w zimnej wodzie. Niestety to był zły pomysł. Nie wiem do tej pory, jak udało mi się to zrobić, ale pół kuchennego sufitu było czarne, a w domu jedna wielka dymówa.Zrezygnowałam z gotowania i zamówiłam spaghetti z dostawą. Następnego dnia czekało mnie wielkie malowanie.
    obserwuję jako: magmonika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten ból - mnie się zapalił latem miód z mlecza....Do dziś mam nadpaloną lekko kuchenną szafkę i delikatny uraz do miodu z mlecza :D

      Usuń
    2. Ja od tego czasu nie kupiłam i nie zrobiłam ani razu paluszków rybnych. I wątpię, że kiedykolwiek to zrobię;D

      Usuń
  10. Pewnego dnia na kolację robiłam wspólnie z mamą sałatkę jajeczną. A że zostało nam kilka ugotowanych jajek to tata nazajutrz wziął sobie parę do pracy. Nie zdążył ich obrać w domu, jakie było zdziwienie taty gdy przyjeżdża do pracy, a w torbie ma mokrą papkę. Okazało się że tata pomylił się i wziął surowe. Chodził tego dnia głodny jak wilk.


    Na blogu obserwuję jako WampirsFan, ma pani świetny blog :) Często tu zaglądam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuuu, to tzw. ZONK. Mam nadzieję że choć sobie jakichś ważnych papierów , dokumentów itd nie upaprał w tych jajkach...

      Usuń
  11. Moja największa kuchenna wpadka przydarzyła się, gdy rodziców nie było w domu, a byłam głodna. Postanowiłam, że podgrzeje sobie parówki. Nastawiłam wodę, włożyłam parówki i poszłam obejrzeć telewizję. Po kilku minutach wróciłam, a moje parówki od dołu były już trochę czarne, szybko zdjęłam z gazu i przekręciłam palnik na kuchence. Niestety musiałam zjeść te parówki, bo w domu wtedy nie mieliśmy, ani psa, ani kota. Wzięłam talerz z jedzeniem i poszłam na telewizor. Gdy zjadałam poszłam zanieść talerz do kuchni. Wtedy poczułam, że coś tam śmierdzi. Podeszłam do kuchenki i zobaczyłam, że palnik przekręciłam nie w tą stronę co chciałam i gaz nadal się palił. Wody w garnku już nie było tylko dół garnka był cały czarny. Szybko wyłączyłam gaz i wyniosłam garnek na dwór. Ciesze się, że w odpowiednim momencie poszłam do kuchni. :)

    bolg obserwuje jako: Łosie na kokosie :)
    Na fb nazywam się Paulina Marciniak (też napisałam inną moją historię na fb) :)
    Pozdrawiam, Paulina :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się to zdarzyło, ale ciiii...to tajemnica :D

      Usuń
  12. To było w 10. rocznicę ślubu moich rodziców. Postanowiłąm przygotować im śniadanie . Pokroiłam wędlinę, ser, pomidory, ogórki, ale głównym specjałem miało być masło paprykowe. Nigdy go nie robiłam, ale przepis wydawał się banalnie prosty, wiec wydawało mi się, że sobie poradzę. Trzeba było po prostu utrzeć masło z mielona papryką i to własnie zrobiłam. Rodzice bardzo ucieszyli się z niespodzianki i usiedli do sniadania. Zaczęli od mojego masła. Nagle zrobili się strasznie czerwoni, a oczy omal im nie wyszły... Szybko chwycili coś do picia, a gdy doszli do siebie, zapytali, co to za masło ? Okazało się, że trzeba było użyć słodkiej papryki. Ja wsypałam ostrej i to sporo, żeby masło miało ładny kolor. Od tamtej pory wszyscy bardzo ostrożnie próbują moich nowych potraw.


    Obserwuję jako WampirsFan

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedyś wyczytałam, że jak się do mielonych doda startego zmiemniaka, to będą bardziej miękkie. Rzeczywiście to prawda. Razu jednego postanowiłam jednak dodać jeszcze więcej: "Będą jeszcze lepsze"-pomyślałam. Z ziemniaków wypłynął sok, zrobiło się rzadko, więc dodałam bułki i mąki, mało... dodałam więcej. W efekcie kotletami można było rzucać. Chłopak powiedział, że w życiu nie jadł gorszych i co ja z nimi zrobiłam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Moja największa wpadka mówisz.
    Otóż jako gdzieś 14-letnie dziewczę miałam zrobić gulasz z wołowiny według instrukcji mojej mamy.
    Początek był ok. czyli pokroiłam i podsmażyłam mięso no a potem miałam zalać wodą i dusić pod przykryciem a pewnie ze 2 godziny.
    A ponieważ mama nic więcej nie powiedziała to ja zalałam mięso i zostawiłam na 2 godziny.
    Zajęłam się pewnie czytaniem bo uwielbiam czytać i w pewnym momencie poczułam swąd, pędzę do kuchni a w garnku zwęglone kawałki mięsa.Panika ogromna bo co ja teraz zrobię?
    Pobiegłam do sąsiadki i ona mi poradziła abym zalała mięso wodą i może uda się uratować, nie dodałam ja że mięso zwęglone.
    To była trauma dla mnie.Mięso wylądowało w rezultacie w koszu a ja pożyczyłam pieniądze od sąsiadki( oddałam z kieszonkowego) i zrobiłam gulasz pod jej dozorem.
    Mama do tej chwili chyba nie wie o mojej wpadce.
    nauczyłam się za to szybciutko robić gulasze.


    Bloga obserwuję jako Dorota

    OdpowiedzUsuń
  15. Wpadka ma dotyczyła przepisu prostego,
    można by powiedzieć wręcz banalnego.
    Chodzi o naleśniki złociste,
    wanilią pachnące i tak bardzo puszyste.
    Stało się to gdy już taka mała nie byłam
    i w kuchni przebywać bardzo lubiłam.

    Myślałam, a wręcz była pewna,
    że wiedza kulinarna jest mi bardzo przystępna.
    I właściwie nic by się stało,
    gdyby mi kuchennych popisów nie było mało.

    Gdy masę już przygotowałam
    i pierwszą porcję na patelnię nalałam.
    Zamiast przewrócić naleśnik przy łopatki użyciu,
    pomyślałam „Trzeba się odważyć i zrobić to po raz pierwszy w życiu !!”.
    Chwyciłam do ręki patelnie,
    odeszłam kawałek, przeżegnałam się i zawołałam „Amen !”.
    Patelnią zatrzęsłam, aż naleśnik poleciał w górę,
    w powietrzu zrobił akrobatyczną figurę.
    I zamiast spaść z powrotem na dno patelni,
    dziwnym trafem podłogi się uczepił !
    Nie chciał później z niej odejść,
    aż złamałam z noża rękojeść.
    Plama niestety na wykładzinie została,
    by do dnia dzisiejszego o mej kulinarnej wpadce mi przypominała !

    Obserwuję jako Agata(agatkaanka)

    OdpowiedzUsuń
  16. Moja wpadka kulinarna nie jest długa ale spektakularna, ponieważ miała miejsce w wyjątkowym dniu w roku a mianowicie podczas kolacji Wigilijnej i to przygotowanej przeze mnie po raz pierwszy samodzielnie dla aż 19 osób z najbliższej rodziny. Spektakularna wpadka kulinarna dotyczyła sztandarowej potrawy przy wigilijnym stole a mianowicie barszczyku z uszkami.
    Barszczyk zawsze na Wigilię przygotowywało się w mojej rodzinie wcześniej, kwasiło się go i zamykało w słoikach, tak wiec i ja uczyniłam. Gotowy pyszny barszczyk doprawiłam do smaku i nalałam do słoików na kilka dni przed uroczysta kolacją wigilijną, aby w ten wyjątkowy dzień w nawale pracy jedynie go podgrzać przed podaniem.
    Gdy nadszedł ten wspaniały wieczór na mojej kuchence wszystkie palniki były zapełnione, na jednym z nich przygotowałam wielki garnek i wlałam do niego 5 litrowych słoików przygotowanego uprzednio barszczyku. Na pozostałych palnikach przygotowywałam karpia, kapustę z grzybami i grzałam uszka do barszczyku. Gdy barszczy się zagrzał do miseczek włożyłam ciepłe uszka i zalałam barszczykiem a następnie zaczęłam podawać do stołu. Gdy podałam wszyscy zajadali ja zasiadłam do talerza jako ostatnia gdy wszyscy barszczyk już spróbowali a ja spostrzegłam ich zdziwione miny i z paniką spróbowałam mój barszczyk, który okazał się.... sokiem z czarnych porzeczek :P.
    No cóż, barszczyku nie próbowałam przed podaniem bo próbowałam go wcześniej podczas przygotowania do słoików, a nie wyczułam innego zapachu gdyż cała kuchnia wypełniona była mieszanką wszelkich świątecznych potraw: ciast, grzybów i ryb. W świątecznym amoku zupełnie zapomniałam, że poza barszczem w słoikach trzymałam również sok porzeczkowy:).

    Bloga obserwuję jako marciaadam

    OdpowiedzUsuń

Komentarze mające na celu reklamę innych blogów nie będą akceptowane.